,,Poznaj siebie. Karty emocji’’ Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk - recenzja

,,Poznaj siebie. Karty emocji’’ Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk - recenzja

Temat emocji jest obecnie bardzo ważny. Mam wrażenie, że wreszcie dojrzewamy jako rodzice, nauczyciele, pedagodzy do poświęcania im większej uwagi. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że tendencja ta będzie miała swoje odbicie w ogólnospołecznym zwrocie ku emocjom. Przez bardzo długi czas, na pewno od XVII w., Wieku Rozumu – tzw. Oświecenia, ludzie postrzegali emocje jako coś, co przeciwstawia się intelektowi. Jako coś, co należy wypierać, tłamsić, by funkcjonować prawidłowo i odnosić sukcesy. Niestety – założenie było błędne. Nasze społeczne myślenie o emocjach nadało im pejoratywny wydźwięk. I mimo tego, że przynajmniej od XIX w. wiemy, że brak dbałości o rozwój sfery emocjonalnej, szczególnie w okresie dzieciństwa, kończy się wieloma problemami w życiu dorosłym – w nawiązywaniu zdrowych relacji interpersonalnych, z przeżywaniem porażek i sukcesów, ze zdrowiem i ogólnym funkcjonowaniem  (stres) – to wciąż jeszcze daleka droga przed nami, by oddać emocjom należne im miejsce w systemie edukacji i wychowania.


Wracając do samej recenzji – pozycja „Poznaj siebie. Karty emocji” chyba miała to nieszczęście, że trafiła do mnie w tym samym czasie, co „Twój mózg płata Ci figle”. O ile „Twój mózg…” wydał się publikacją ciekawą, edukującą i potrzebną, o tyle „Poznaj siebie…” już nie.


Rozumiem, że intencją Autorek, Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk, było zwrócenie uwagi na ważny temat emocji i stworzenie swego rodzaju „kompendium emocjonalnego” – to się ceni, tematyka warta zgłębiania i popularyzowania. Intencja, jak to często bywa, całkiem dobra – gorzej z wykonaniem. Książeczka załączona do zestawu rozpoczyna się od mini-rozdziału zatytułowanego „Dlaczego emocje?”. Jego treść stanowi rozmowa między Autorkami. Rozmowa, która nie wnosi niczego nowego, a i to, co stare i znane, pokazuje w sposób przeintelektualizowany z jednej strony i infantylny z drugiej. Oto fragment: „Nasze wychowanie bazuje na zawstydzaniu i zastraszaniu. Tymczasem nawet psy się wstydzą. Psa można wyśmiać i on się czuje okropnie, schowa się w kąt, będzie miał smętną i niepewną minkę (…). Z kolei koty są na zawstydzanie odporne… (…) Koty są bezwstydne. Na szczęście dla nich!”. Jaki problem mam z tym fragmentem? Przecież faktycznie jest tak, że dużo doświadczeń wychowawczych niestety jest związanych z zawstydzaniem i zastraszaniem – i to faktycznie źle. Jest wiele innych metod, czy po prostu słów, którymi można zwrócić się do dziecka, by wspólnie wypracować inny sposób zachowania w danej sytuacji. Ale nie dlatego nie lubimy tych emocji. Wstyd i strach to podstawowe mechanizmy kontroli i samokontroli społecznej. One mają być dla nas nieprzyjemne, by unikać sytuacji, w których dominują. Czy wstydzilibyśmy się wyjść nago na zatłoczoną ulicę? Oczywiście. Czy to źle? Raczej nie… Wstyd staje się problemem, jeżeli uniemożliwia nam normalne funkcjonowanie, przy czym pojęcie normy jest bardzo szerokie. Co do porównania naszych emocji z emocjami psimi – nie powinno w książce, której współautorką jest psycholożka, dochodzić do porównań, które bazują na nieprawdzie. Pozwolę sobie przytoczyć fragment wywiadu z behawiorystami, Autorami książki „Słuchając psa” – Z. Zaniewska-Wojtków i P. Wojtków, którzy mówią w nim: Pamiętajmy, że pies to inny gatunek i nasze interpretowanie jego emocji może być zgubne! (…) Załóżmy, że po powrocie do domu widzimy zniszczone kapcie, rozkopane kwiatki. (…)  Od razu wołamy psa i karcącym spojrzeniem wskazujemy na zniszczenia, pytając „co narobiłeś?”. W tej sytuacji zagubiony i wystraszony pies próbuje osłabić naszą złość. Kuli uszy, obniża głowę, w jego spojrzeniu widać też białka oczu. To są wszystko sygnały stresu i strachu, które pies prezentuje, aby osłabić naszą złość, zmniejszyć intensywność naszej agresji.(…) Pies (…) nie analizuje swoich zachowań sprzed naszego przyjścia. My to interpretujemy jako poczucie winy”. Założenia Autorek, jak i sam wywód, okazują się zatem błędne.


Przytoczę jeszcze jeden fragment: „Mamy wielki problem z ich (uczuć – przyp. autorki recenzji) rozumieniem i ich nazywaniem. (…) My w ogóle tego nie potrafimy robić. Jak ktoś pyta nas: „Jak się czujesz?”, odpowiadamy: „A dobrze, obleci”. Albo: „A jakoś tak nieciekawie”. (…)”. To, że odpowiadamy w taki sposób, ma związek z naszym kodem kulturowym, nie zaś nieznajomością stanów emocjonalnych. Czy Autorki uważają, że na pytanie znajomego na ulicy: Jak się czujesz? Powinniśmy odpowiadać: Doświadczam stanów ambiwalentnych. Dzisiejszy poranek wprawił mnie w nostalgię, odczuwałam smutek ze względu na doświadczanie uciekającego czasu i niemożność zapanowania nad przemijaniem. Kiedy jednak przybiegł mój syn, poczułam radość na jego widok, zaraz jednak przyszła refleksja, a z nią lęk o jego przyszłość.”? Nie oszukujmy się, ale w naszej kulturze dostęp do naszych emocji mają najbliżsi – partnerzy, przyjaciele, rodzina. A rozmowy na ten temat rzadko kiedy zaczynają się od niedbale rzuconego, amerykańskiego: Jak leci?


Z jednej strony trudno się zatem nie zgodzić z niektórymi sformułowaniami zawartymi we wstępie, przy czym na pewno nie są to sformułowania odkrywcze, z drugiej pojawiają się takie nadinterpretacje i nieścisłości, które w określonych kontekstach i sytuacjach mogą być wręcz krzywdzące czy niebezpieczne.


W dalszej części książeczki Autorki dokonują opisu konkretnych emocji, takich jak m.in. pogarda, gniew, złość, żal według następującego klucza: opis emocji/uczucia – po co nam to uczucie? – zadania. I na tym etapie też dochodzi do nieścisłości – w świecie psychologii emocje i uczucia to nie to samo. W książce raz jest mowa o emocjach, raz o uczuciach, to, co powinno być określane mianem emocji nazywane jest uczuciem i na odwrót. Może na poziomie czytania tekstu nie jest to tak istotne, jednak jeśli ktoś podejmuje się popularyzowania wiedzy na ten temat, powinien także w tej warstwie zachować rzetelność. W tej części za jedyną cenną rzecz uważam każdorazową odpowiedź na pytanie: po co nam to uczucie? Ta odpowiedź tak naprawdę pozwala zrozumieć, że nasze emocje czy uczucia nie pojawiają się dla siebie samych, ale dają nam pewien sygnał co do tego, co się z nami dzieje, czego doświadczamy. To naprawdę cenna wiedza i nawet przedstawiona w tak skrótowej formie, jak w tej publikacji, jest dość cenna.


Przejdźmy do kart – ilustracje piękne. Bardzo ładnie wydane. Na karcie znajduje się nazwa emocji i jej graficzna interpretacja. Ich autorką jest Anna Kujawa i trzeba przyznać, że świetnie wywiązała się z zadania. Wraz z przeglądaniem kart, nasunęło mi się pytanie, jak je właściwie wykorzystać. Co prawda Autorki mają na to swój przepis: „Można sobie wyciągnąć na chybił trafił jedną z nich i zobaczyć, jakie uczucie chce do nas przemówić, poczytać o nim w naszej książce, wykonać zadania. Pozwolić, by przemówił do nas sam rysunek (…), zastanowić się, jaki obraz pojawia się w (…) głowie (…). Albo potraktować jako swoistą wróżbę, na zasadzie: Co mnie dziś czeka? Możesz też odszukać kartę, która przedstawia uczucie, które cię teraz trapi lub zastanawia – popatrzeć na nią, poczytać, podumać. (…) A możesz też sobie włożyć kartę z napisem „Spokój” pod poduszkę, nosić „Radość” w portfelu, jeśli Ci jej brakuje. Możesz tę talię i książkę potraktować jako encyklopedię uczuć, z której sam lub sama dowiesz się o nich wiele, ale też z której nauczysz o nich swoje dziecko”.


Czy tylko dla mnie brzmi to, jakby Autorki same do końca nie miały pomysłu na swoje dzieło? Komu tak naprawdę dedykowana jest ta książka i te karty? Nie są przeznaczone dla dzieci, to na pewno – podstawowe, wspólne dla wszystkich emocje nie są wyrażone na kartach odpowiednio za pośrednictwem mimiki, co jest cechą publikacji i gier (także kart) dedykowanych najmłodszym. Zresztą – graficzne reprezentacje emocji i uczuć są w większości przedstawione w sposób abstrakcyjny, metaforyczny, co wskazywałoby na starszego odbiorcę. Raczej nie są dedykowane płci męskiej – ilustracje na kartach przedstawiają wyłącznie kobiety. Myślę, że dla kobiet po trzydziestce pewna infantylność towarzysząca tej publikacji będzie, tak jak w moim przypadku, irytująca. Jedyni odbiorcy, jacy przychodzą mi do głowy, to a) nastolatki i młode kobiety, dla których faktycznie burzliwe doświadczenia emocjonalne okresu dojrzewania mogą stanowić motywację do sięgnięcia po coś, co przyniesie zrozumienie czy nawet możliwość uporządkowania i zrozumienia skrajnych emocji; b) szkoleniowcy, trenerzy, coache, którzy na bazie tych kart poprowadzą pewną narrację w trakcie warsztatów.


Podsumowując – publikacja bardzo ładnie wydana, z naprawdę cudowną oprawą graficzną. To tyle jeśli chodzi o formę. W odniesieniu do treści – nic nowego, nic wyjątkowego. Myślę, że jeżeli komuś nie zależy na gadżecie w postaci kart, może znaleźć zbliżone tematycznie publikacje, które więcej wniosą do samoświadomości emocjonalnej.


Autorka recenzji: dr Katarzyna Dąbrowska- Żmuda


W ramach współpracy Wydawnictwem Zysk i S-ka czytamy książki, by potem dzielić się z Wami swoimi przemyśleniami z lektury. Nowe recenzje będą się pojawiać na naszej stronie internetowej, a rozdania książkowe na naszym instagramie.